Przed ForceFlex moje kolana wyglądały tak: trzy plastry ketoprofenu tygodniowo przyklejane rutynowo, raz w miesiącu iniekcja diklofenaku u ortopedy, omijanie schodów wszędzie tam, gdzie dostępna była winda lub eskalator. Taki styl życia kojarzy mi się dziś z rozdziałem, który na szczęście powoli i wyraźnie się zamknął.
Ortopeda zasugerował mi suplementację jako uzupełnienie terapii fizycznej. Nie jako jedyne i cudowne rozwiązanie, ale jako jeden z elementów większego planu rehabilitacyjnego. ForceFlex tabletki znalazły się w tym planie obok codziennych ćwiczeń izometrycznych mięśni czworogłowych, basenu dwa razy w tygodniu i redukcji masy ciała o osiem kilogramów przez pół roku.
Po trzech miesiącach konsekwentnego stosowania wyniki były wymierne i potwierdzalne. Plastrów ketoprofenu nie używam od sześciu tygodni i nie tęsknię za nimi. Iniekcji nie potrzebuję od dwóch miesięcy, co ortopeda odnotował z wyraźnym zainteresowaniem przy ostatniej wizycie. Schody pokonuję bez kalkulowania każdego kroku i oceniania ryzyka, choć wciąż preferuję stronę z poręczą.
ForceFlex tabletki zawierają glukozaminę i chondroitynę, które znam z literatury klinicznej ortopedycznej, uzupełnione o kolagen i składniki o działaniu przeciwzapalnym. Skład jest uczciwy i oparty na substancjach z udokumentowanym profilem bezpieczeństwa. Biodostępność tabletek jest wystarczająca przy regularnym przyjmowaniu z posiłkiem.
Nie mówię, że to wyłącznie suplement zrobił całą różnicę i że wystarczyło go wziąć, żeby życie wróciło do normy. Mówię, że był jednym z kilku ściśle współpracujących ze sobą czynników, z których każdy miał swój udział. Ale gdybym miał wyjąć ForceFlex tabletki z tego równania i sprawdzić, co się stanie bez nich, szczerze nie mam najmniejszej ochoty na ten eksperyment po tym, jak dobrze pamiętam, jak wyglądało życie przed zmianą strategii. Nie wracam do tego rozdziału.